| Jestem Legendą |
| Redaktor: Mateusz Gromek | ||||||
| 07.03.2008. | ||||||
|
Autor: Richard Matherson Wydawnictwo: Mag
Data wydania: Rozdział I:
W pochmurne dni, takie jak ten, Robert Neville nigdy nie był pewien,
kiedy dokładnie zachodzi słońce, i czasem pojawiali się na ulicach, nim
zdążył wrócić.
Gdyby należał do ludzi bardziej skłonnych do analiz, mógłby obliczyć
przybliżony czas ich przybycia. Wciąż jednak nie zdołał uwolnić się od
nawyku oceniania pory dnia po kolorze nieba, a w pochmurne dni ta
metoda zawodziła. Dlatego właśnie przy takiej pogodzie wolał trzymać
się blisko domu.
Okrążył go teraz w szarym półmroku popołudnia, z papierosem wiszącym w
kąciku ust, ciągnąc ponad ramieniem wężową wstęgę dymu. Kolejno oglądał
okna, sprawdzając, czy któraś z desek nie odpada. Po gwałtownych
atakach drewno często pękało i musiał przybijać nowe, czego
nienawidził. Dziś tylko jedna deska okazała się obluzowana.
Czyż to nie zdumiewające? – pomyślał.
Na podwórku obejrzał szklarnię i zbiornik z wodą. Czasami konstrukcja
podtrzymująca zbiornik zaczynała trzeszczeć albo któraś z rynien
wyginała się lub pękała. Czasami przerzucali kamienie nad wysokim
ogrodzeniem wokół szklarni i któryś pocisk rozdzierał rozciągniętą w
górze siatkę. Wówczas Neville musiał wymieniać szyby.
Dzisiaj zbiornik i szklarnia okazały się nietknięte. Wrócił do domu po
młotek i gwoździe. Otwierając pchnięciem drzwi, spojrzał na swe
zniekształcone odbicie w pękniętym lustrze, które powiesił na nim
miesiąc temu. Za parę dni potrzaskane kawałki srebrzonego szkła zaczną
wypadać. Niech sobie wypadają, pomyślał. To ostatnie pieprzone lustro,
jakie tam powiesi. Efekty nie były warte wysiłku. Zastąpi je czosnkiem.
Czosnek zawsze działał.
Przeszedł powoli przez pogrążony w ciszy i półmroku salon, skręcił w lewo, w wąski korytarzyk i znów w lewo do sypialni.
Kiedyś pokój urządzono i udekorowano w przyjemnych, ciepłych barwach.
To jednak działo się w innych czasach. Teraz stał się pomieszczeniem
czysto funkcjonalnym, a ponieważ łóżko i biurko Neville’a zajmowały
bardzo mało miejsca, w jednym kącie urządził sobie warsztat. Długa ława
ciągnęła się niemal pod całą ścianą. Na blacie zamontował ciężką
krajzegę, tokarkę do drewna, szlifierkę i imadło. Wyżej, na krzywych
półkach leżały różne przydatne narzędzia.
Zabrał z blatu młotek, z jednego z nieporządnie ustawionych pojemników
wziął kilka gwoździ. Potem wrócił na dwór i przybił mocno deskę do
okiennicy. Resztę gwoździ wyrzucił do śmieci w sąsiedztwie.
Jakiś czas stał na trawniku przed domem, wodząc wzrokiem po milczącej
Cimarron Street. Był wysokim, trzydziestosześcioletnim mężczyzną
angielsko-niemieckiego pochodzenia, o przeciętnej, nieciekawej twarzy,
którą wyróżniały tylko wąskie, zaciśnięte z determinacją usta i
jasnoniebieskie oczy, badające teraz zwęglone ruiny domów otaczających
jego własny. Spalił je, by uniemożliwić im przeskakiwanie na jego dach.
Po paru minutach odetchnął powoli, głęboko, i wrócił do domu. Rzucił
młotek na kanapę w salonie, zapalił kolejnego papierosa i nalał sobie
południowego drinka. Później zmusił się do wizyty w kuchni, gdzie
zmielił pięciodniowe śmieci w zlewie. Wiedział, że powinien też spalić
papierowe talerze i sztućce, odkurzyć meble, umyć zlew, wannę i
toaletę, a także zmienić pościel i powłoczki na łóżku. Ale nie miał na
to ochoty. Był bowiem mężczyzną, żył sam i wszystkie te czynności nic
dla niego nie znaczyły.
Dochodziło południe. Robert Neville zbierał w szklarni czosnek do koszyka.
Na początku woń czosnku w takim stężeniu budziła w nim mdłości i
żołądek ściskał mu się nieustannie. Teraz zapach przesiąknął jego dom,
ubranie, a czasami zdawało mu się nawet, że ciało. Neville w zasadzie
już go nie dostrzegał.
Gdy zgromadził dość główek, wrócił do domu i wrzucił je do zlewu.
Pstryknął wyłącznikiem; światło zamrugało, po czym rozbłysło zwykłym
blaskiem. Syknął z niesmakiem przez zaciśnięte zęby. Generator znów
zaczynał głupieć. Będzie musiał ponownie wyciągnąć cholerną instrukcję
i sprawdzić przewody. A jeśli naprawa okaże się zbyt skomplikowana,
trzeba będzie zainstalować nowy. Ze złością podciągnął do zlewu wysoki
stołek, wziął nóż i usiadł ze znużonym sapnięciem.
Najpierw podzielił główki na drobne cząstki w kształcie sierpa,
następnie przeciął na pół każdy różowy, skórzasty ząbek, odsłaniając
jasny miąższ. Powietrze zgęstniało od ciężkiego, ostrego smrodu. Gdy
stał się zbyt duszący, Neville włączył klimatyzator, który wyssał gęstą
chmurę woni. Teraz sięgnął na górę i z wieszaka na ścianie zdjął
szpikulec do lodu. Przebił każdą połówkę ząbka na wylot, po czym
nawlókł je na drut. Po jakimś czasie miał już dwadzieścia pięć
naszyjników.
Z początku zawieszał je na oknach, lecz oni ciskali kamieniami i musiał
zasłaniać wybite szyby kawałkami sklejki. W końcu pewnego dnia zdarł
sklejkę i zamiast niej przybił równe rzędy desek. Dom zmienił się co
prawda w ponury grobowiec, ale lepsze to niż kamienie wpadające do
pokojów w deszczu szklanych odłamków. A kiedy zainstalował trzy
klimatyzatory, nie było nawet tak źle. Jeśli trzeba, człowiek jest w
stanie przywyknąć do wszystkiego.
Gdy skończył nawlekanie ząbków czosnku, wyszedł na dwór i przybił
naszyjniki do desek na oknach, zastępując stare, które już niemal
straciły zapach. Musiał powtarzać tę czynność dwa razy w tygodniu.
Dopóki nie znajdzie czegoś lepszego, była to jego pierwsza linia obrony.
Obrony? – zastanawiał się często. Ale po co?
Przez całe popołudnie robił kołki. Toczył je z grubej belki pociętej
krajzegą na dwudziestodwucentymetrowe kawałki. Następnie przykładał je
do wirującej szlifierki, tak że stawały się ostre jak sztylety. Była to
nużąca, monotonna praca, w powietrzu unosiły się kłęby rozgrzanego
drzewnego pyłu, który zatykał mu pory, osiadał w płucach i wywoływał
ataki kaszlu. Ale nigdy nie mógł dotrzymać im kroku. Nieważne, ile
kołków przygotował, kończyły się w mgnieniu oka. Coraz trudniej
przychodziło też znalezienie belki, w końcu będzie musiał zacząć
obrabiać zwykłe deski. Też mi perspektywa, pomyślał z irytacją.
Wszystko to okropnie go przygnębiało i po raz kolejny postanowił
wymyślić lepszą metodę pozbywania się ich. Ale jak to zrobić, skoro nie
miał szansy choćby na chwilę zwolnić tempa i spokojnie pomyśleć?
Pracując, słuchał muzyki dobiegającej z ustawionego w sypialni głośnika
– trzeciej, siódmej i dziewiątej symfonii Beethovena. Cieszył się, że
już jako chłopak nauczył się od matki cenić ten gatunek muzyki.
Pomagała mu zapełnić straszliwą pustkę mijających godzin.
Od czwartej jego wzrok co chwila wędrował ku zegarowi na ścianie.
Pracował w milczeniu, zaciskając wargi w twardą linię, z papierosem w
kąciku ust, zapatrzony w końcówkę wgryzającą się w drewno i posyłającą
na podłogę mączasty pył.
Czwarta piętnaście. Czwarta trzydzieści. Za kwadrans piąta.
Za godzinę znów zaczną atakować dom. Paskudne dranie. Gdy tylko zgaśnie światło.
Stał przed olbrzymią zamrażarką, planując kolację. Zmierzył zmęczonym
wzrokiem stos mięs, mrożone warzywa, upchnięte niżej chleby i ciasta,
wreszcie lody i owoce. Zdecydował się na dwa kotlety baranie, fasolkę i
małe opakowanie sorbetu pomarańczowego. Wyjął pudełka z zamrażarki i
łokciem zatrzasnął drzwi.
Następnie przeszedł do nierównych stosów puszek, piętrzących się aż po
sufit. Wziął sok pomidorowy i wyszedł z pokoju, niegdyś należącego do
Kathy, a teraz do jego żołądka. Przeszedł powoli przez salon,
spoglądając na fototapetę pokrywającą tylną ścianę. Przedstawiała
skalne urwisko opadające ku zielononiebieskiemu oceanowi, którego fale
rozbijały się na czarnych kamieniach. Wysoko, na błękitnym niebie białe
mewy szybowały na wietrze, a po prawej poskręcane drzewo wisiało nad
przepaścią. Czarne gałęzie odcinały się ostro od jasnego nieba.
Neville wszedł do kuchni i rzucił jedzenie na stół. Jego wzrok powędrował ku zegarowi. Za dwadzieścia szósta. Już niedługo.
Nalał odrobinę wody do małego rondla i postawił go na palniku.
Rozmroził kotlety i wsunął je na grill. Do tego czasu woda już się
gotowała; wrzucił do niej mrożoną fasolkę i przykrył.
Już przy stole ukroił sobie dwie kromki chleba i nalał szklankę soku
pomidorowego. Usiadł, obserwując czerwoną wskazówkę sekundnika,
zataczającą powolne kręgi wokół tarczy. Dranie wkrótce się zjawią.
Skończywszy sok, ruszył do frontowych drzwi i wyszedł na werandę.
Zeskoczył na trawnik i pomaszerował w stronę chodnika.
Niebo ciemniało, robiło się zimno. Powiódł wzrokiem po Cimarron Street,
chłodny wiatr zwichrzył mu jasne włosy. W tym właśnie tkwi problem z
pochmurnymi dniami – nigdy nie wiadomo, kiedy tamci się zjawią. No cóż,
przynajmniej lepsze to niż przeklęte burze piaskowe. Wzruszył ramionami
i poszedł z powrotem przez trawnik do domu. Zamknął za sobą drzwi i
wsunął na miejsce ciężki rygiel. Potem zajrzał do kuchni, obrócił
kotlety i zgasił ogień pod fasolką.
Nakładając jedzenie na talerz, zamarł i zerknął szybko na zegar. Dziś
zjawili się o szóstej dwadzieścia pięć. Ben Cortman krzyczał właśnie:
– Wychodź, Neville!
Robert Neville usiadł z westchnieniem i zaczął jeść.
Siedział w salonie, próbując czytać. Przy małym barze nalał sobie
whisky z wodą i ściskał w dłoni zimną szklankę, czytając podręcznik
fizjologii. Z głośnika nad drzwiami wylewały się na korytarz głośne
dźwięki muzyki Schönberga. Ale nie dość głośne. Wciąż słyszał ich na
zewnątrz, ich pomruki, kroki i krzyki, warknięcia i odgłosy walk między
sobą. Od czasu do czasu o ścianę domu uderzał kamień bądź cegła.
Poszczekiwał pies.
A wszyscy przybyli tu po to samo.
Robert Neville na moment przymknął oczy, zaciskając usta. Potem rozwarł
powieki, zapalił kolejnego papierosa i wciągnął dym głęboko w płuca.
Pożałował, że nie miał czasu, by wytłumić ściany. Gdyby nie musiał ich
słuchać, nie byłoby tak źle. Mimo upływu pięciu miesięcy wciąż nie
potrafił do nich przywyknąć. Już na nich nie patrzył. Z początku zrobił
otwór we frontowym oknie i ich obserwował. Wówczas jednak kobiety go
zobaczyły i zaczęły przybierać ohydne pozy po to, by wywabić go z domu.
Nie chciał na to patrzeć. Odłożył książkę i zapatrzył się tępo w dywan,
słuchając „Verklarte Nacht”, dźwięczącej w głośnikach. Wiedział, że
mógłby wsunąć do uszu zatyczki, by odciąć dźwięki, ale to wyciszyłoby
też muzykę, a nie chciał się czuć jak zamknięty w skorupie.
Znów zamknął oczy. To kobiety sprawiały, że było tak trudno. Kobiety
pozujące nocą niczym lubieżne marionetki, na wypadek gdyby je zobaczył
i postanowił wyjść. Wstrząsnął nim dreszcz. Każda noc była taka sama.
Czytał i słuchał muzyki, potem zaczynał myśleć o wytłumieniu ścian, a
potem o kobietach.
Gdzieś w głębi ciała znów pojawił się nieznośny supeł gorąca. Neville
zacisnął wargi tak mocno, że zbielały. Dobrze znał to uczucie i
wkurzało go, że nie potrafi go zwalczyć. Narastało i narastało, aż w
końcu nie był w stanie usiedzieć spokojnie. Wówczas wstawał z miejsca i
zaczynał krążyć po pokoju, zaciskając pięści. Czasami rozstawiał
projektor albo coś jadł, albo za dużo pił, albo puszczał muzykę tak
głośno, że bolały go uszy. Kiedy robiło się naprawdę źle, musiał się
czymś zająć.
Czuł, jak mięśnie brzucha napinają się niczym zwoje sprężyny. Podniósł
książkę, próbując czytać dalej, wargi bezgłośnie, boleśnie wymawiały
powoli każde słowo. Lecz po chwili książka znów znalazła się na
kolanach. Spojrzał na biblioteczkę naprzeciwko. Cała wiedza ukryta w
tych tomach nie potrafiła ugasić płonącego w nim ognia. Wszystkie słowa
stuleci nie umiały położyć kresu bezdźwięcznemu, bezmyślnemu pragnieniu
ciała.
Ta świadomość sprawiła, że zrobiło mu się niedobrze. Była to obraza dla
jego męskości i człowieczeństwa. No dobrze, zgoda, to naturalny popęd,
ale w żaden sposób nie mógł go już zaspokoić. Zmusili go do życia w
celibacie i będzie musiał jakoś to wytrzymać. Masz przecież mózg,
prawda? – rzekł do siebie. Użyj go więc.
Wyciągnął rękę i jeszcze głośniej podkręcił muzykę. Potem zmusił się do
przeczytania bez przerw całej strony. Czytał o komórkach krwi,
przenikających przez błony, o jasnej limfie niosącej odpady naczyniami
blokowanymi przez węzły chłonne, o limfocytach i fagocytach.
„...by połączyć się w okolicach lewego ramienia w pobliżu krtani z dużym naczyniem układu krwionośnego...”.
Książka zamknęła się z trzaskiem.
Czemu nie zostawili go w spokoju? Naprawdę sądzili, że wszyscy mogą go
dostać? Czy byli aż tak głupi? Dlaczego przychodzili każdej nocy? Po
pięciu miesiącach można by sądzić, że zrezygnują i spróbują gdzie
indziej.
Podszedł do baru, zrobił sobie kolejnego drinka. Obracając się w stronę
krzesła, usłyszał łoskot kamieni uderzających o dach i lądujących z
hukiem w krzakach przy domu. Ponad wszystkie hałasy unosił się głos
Bena Cortmana, który jak zawsze krzyczał.
– Wychodź, Neville!
Któregoś dnia dopadnę sukinsyna, pomyślał, pociągając duży łyk
gorzkiego napoju. Któregoś dnia wbiję mu kołek prosto w cholerną pierś.
Specjalnie dla niego zrobię wyjątkowy, długi na stopę, ozdobiony
wstążkami. Cholerny drań.
Jutro. Jutro wytłumi ściany. Jego palce zacisnęły się, kostki
pobielały. Nie mógł znieść myśli o tych kobietach. Gdyby ich nie
słyszał, może by o nich nie myślał. Jutro. Jutro. Muzyka dobiegła
końca. Zdjął z talerza stosik płyt i wsunął je z powrotem w koperty.
Teraz słyszał ich jeszcze wyraźniej. Sięgnął po najbliższy krążek,
położył na gramofonie i podkręcił dźwięk do maksimum.
Uszy wypełnił mu „Rok zarazy” Rogera Leie. Skrzypce zgrzytały i
zawodziły, kotły wybijały rytm umierającego serca, flety wygrywały
osobliwe, atonalne melodie. W nagłym ataku złości złapał płytę i złamał
na kolanie. Już dawno miał zamiar ją zniszczyć. Na sztywnych nogach
przeszedł do kuchni i cisnął odłamki do skrzyni ze śmieciami. Potem
stał bez ruchu w ciemnym pomieszczeniu, zaciskając powieki i zęby,
zasłaniając dłońmi uszy. Dajcie mi spokój, dajcie mi spokój, dajcie mi
spokój!
Nic z tego, nocą nie dało się ich pokonać. Nie ma nawet co się starać.
To był ich czas. Głupio robił, że w ogóle próbował. Czy powinien
obejrzeć film? Nie, nie miał ochoty rozstawiać projektora. Pójdzie do
łóżka i wsadzi zatyczki do uszu. Ostatecznie tak właśnie kończył się
każdy wieczór. Szybko, próbując w ogóle nie myśleć, pomaszerował do
sypialni i się rozebrał. Naciągnął spodnie od piżamy i przeszedł do
łazienki. Nigdy nie nosił bluzy od piżamy, to nawyk jeszcze z Panamy, z
czasów wojny.
Myjąc się, spojrzał w lustro na swą szeroką pierś, ciemne włosy wijące
się wokół sutków i ich prostą linię pomiędzy żebrami. Przyjrzał się
ozdobnemu krzyżowi, który wytatuował sobie na piersi pewnej pijackiej
nocy w Panamie. Jakim głupcem wtedy byłem, pomyślał. Cóż, może ten
krzyż ocalił mu życie.
Starannie umył zęby i przeczyścił nitką. Starał się bardzo dbać o zęby,
bo teraz był własnym dentystą. Niektóre sprawy mogą pójść w diabły, ale
nie zdrowie, pomyślał. W takim razie czemu nie przestaniesz wlewać w
siebie alkoholu?
A może się zamkniesz? – rzekł do siebie w myślach.
Ruszył przez dom, gasząc po drodze światła. Przez parę minut wpatrywał
się w fototapetę, próbując sobie wmówić, że naprawdę widzi ocean. Jak
jednak mógł w to uwierzyć wśród huków, łoskotów, wrzasków, warkotów i
nocnych krzyków?
Zgasił lampę w salonie i wrócił do sypialni.
Na widok trocin pokrywających łóżko zacmokał z niesmakiem. Strzepnął je
szybkimi ruchami dłoni, myśląc, że powinien zbudować ściankę
oddzielającą warsztat od części sypialnej. Powinienem to, powinienem
tamto, pomyślał ponuro. Ma tyle cholernych rzeczy do zrobienia, że
nigdy nie zajmie się właściwym problemem.
Wepchnął do uszu zatyczki i natychmiast spowił go kokon ciszy. Zgasił
światło i wśliznął się pod kołdrę. Spojrzał na fosforyzującą tarczę
zegarka i przekonał się, że jest zaledwie parę minut po dziesiątej. I
dobrze, pomyślał. Dzięki temu jutro wstanę wcześniej.
Leżąc w łóżku, oddychał głęboko w ciemności, czekając na sen. Lecz
cisza nie pomagała: wciąż ich tam widział. Mężczyzn o białych twarzach,
krążących dookoła, niestrudzenie szukających drogi do środka. Niektórzy
zapewne przyczaili się jak psy, obserwując dom błyszczącymi oczami i
zgrzytając zębami. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. A kobiety...
Naprawdę musiał znów zacząć o nich myśleć? Z przekleństwem na ustach
przekręcił się na bok i wcisnął twarz w rozgrzaną poduszkę. Leżał tak,
dysząc ciężko i poruszając się lekko na prześcieradle. Niech już będzie
rano. Jego umysł co noc wymawiał te słowa. Dobry Boże, niech już będzie
rano.
Śniła mu się Virginia. Zaczął krzyczeć we śnie, a jego palce ściskały pościel niczym szpony szaleńca.
Odsłon: 594
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 |
||||||
Bądź pierwszym który skomentuje
