|
Autor: Jacek Dukaj
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
|
Cena: 70.99 PLN
Gatunek: S-F/Fantasy
Liczba stron: 1054 Wymiary: 145 x 205 mm
|
|
Inne:
Rozwinięcie: Opis + Rozdział I
Okładka: twarda
|
|
Data wydania :
Grudzień 2007
|
>>Kup książkę w sklepie venastudio.com
Opis książki:
Długo oczekiwana powieść najlepszego polskiego pisarza S-F.
Akcja
najnowszej powieści Jacka Dukaja toczy się w alternatywnej
rzeczywistości, gdzie I wojna światowa nigdy nie wybuchła, jest rok
1924, a Królestwo Polskie wciąż zamrożone jest pod władzą cara i w
Belle Epoque. Warszawę skuwa lód - w środku lata burze śnieżne zasypują
drogi. Lute, nieziemskie anioły Mrozu, spacerują ulicami miast,
zamrażając prawdę i fałsz... Benedykt Gierosławski, zdolny matematyk,
ale i niepoprawny hazardzista, na zlecenie carskiego Ministerstwa Zimy
zostaje wysłany Ekspresem Transsyberyjskim do skutego lodem Irkucka,
skąd ma wyruszyć na poszukiwanie swojego ojca, podobno potrafiącego
porozumiewać się z aniołami mrozu - lutymi. Tysiąc rubli gotówką
wydobyłby Benedykta z długów, ale czy misja nie jest przypadkiem zbyt
niebezpieczna? Szybko okazuje się, że dla Benedykta będzie to podróż,
która odmieni jego życie...
Fragment:
ROZDZIAŁ PIERWSZY
O synu tysiącrublowym
14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy,
wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem
podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w
barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach
naciągniętych na skarpety - tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców
- po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w
kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki
docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w
żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem,
przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem:
- Gaspadin Wieniedikt Jerosławski.
- On.
- Spit?
- Spit, Iwan Iwanowicz.
Głos i głos, a pierwszy niski i ochrypły, a drugi niski i śpiewny;
zanim uniosłem koc i powiekę, już ich widziałem, jak się nade mną
pochylają, ten ochrypły od głowy, ten zaśpiewny od strony stóp, carscy
aniołowie moi.
- Obudziliśmy panicza Wieniedikta - stwierdził Iwan, gdy podźwignąłem
powiekę drugą. Skinął na Biernatową; gospodyni potulnie opuściła izbę.
Iwan przysunął sobie taburet i usiadł; kolana trzymał razem, a na
kolanach czarny melonik o wąskiem rondzie. Wysoki vatermörder, biały
jak śnieg w południowem słońcu, raził mnie w oczy, biały vatermörder i
białe biurowe mankiety, oślepiające na tle jednolitej czerni ich
ubiorów. Mrugałem.
- Pozwólcie, Wieniedikt Filipowicz.
Pozwolili sobie. Drugi przysiadł w nogach łóżka, swoim ciężarem
pierzynę ściągając, aż musiałem ją puścić; złapawszy z koleji za koce,
uniosłem się na barłogu, i tak oto odkryłem także plecy, powietrze
zimne wcisnęło się pod sweter i kalesony, zadrżałem, rozbudzony.
Narzuciłem na ramiona płaszcz, kolana podsunąłem pod brodę.
Spoglądali na mnie z rozbawieniem.
- Jak zdrowie?
Odchrząknąłem. W gardle zebrała się flegma nocna, żrący kwas na
wszystkich treściach żołądka, z kiełbasy czosnkowej, korniszonów, czego
tam jeszcze wczoraj zażywaliśmy, z ciepłej dereniówki i papierosów,
mnóstwa papierosów. Wychyliłem się ku ścianie i charknąłem do
kraszarki. Aż mnie zgięło. Zgięty, przez długą chwilę kaszlałem ciężko.
Otarłem usta rozdartym rękawem płaszcza.
- Końskie.
- A to dobrze, to dobrze, baliśmy się, że z łóżka nie wstaniecie.
Wstałem. Pugilares leżał na parapecie, wciśnięty za doniczkę z martwą pelargonią. Wyjąłem bumagę, pod nos Iwanowi podetknąłem.
Ani spojrzał.
- Ależ gaspadin Jerosławski! Czy my stójkowi jacy jesteśmy! -
Wyprostował się na tym taburecie jeszcze bardziej, myślałem, że to
niemożliwe, ale jeszcze się wyprostował, teraz to ściany krzywemi się
zdawały, szafa garbatą, futryna skoljotyczną; obrażony, unosił
czynownik podbródek i pierś wypinał. - Bardzo grzecznie prosimy pana do
nas na Miodową, na herbatkę i słodkości, komisarz zawsze sprowadza
sobie sorbety, babeczki, rożki śmietankowe, prosto od Semadeniego,
prawdziwa rozpusta podniebienia, jeśli mogę się tak wyrazić, co, Kirył?
- Możecie, Iwan Iwanowicz, jak najbardziej - zaśpiewał Kirył.
Iwan Iwanowicz miał sumiaste wąsy, wypomadowane mocno i ku górze
podwinięte; Kirył natomiast cały był gładziutko wygolony. Iwan wyjął z
kieszonki kamizelki cebulę na dewizce splątanej i oznajmił, że jest
pięć do piątej, komisarz Preiss wielce sobie ceni punktualność, a o
której wychodzi na kolację? Umówili się z gienerałem-majorem we
Francuskim.
Kirył poczęstował Iwana tabaką, Iwan poczęstował Kiryła papirosem,
przyglądali mi się, jak się ubieram. Chlusnąłem w miednicę wody
lodowatej. Kafle pieca były zimne. Podkręciłem knot w lampie. Jedyne
okno pokoju wychodziło na podwórko ciasne, szyby zaś tak brudem i
szronem zarosły, że nawet w południe niewiele blasku słonecznego przez
nie przecieka. Kiedy się goliłem - kiedy jeszcze się goliłem - musiałem
byłem stawiać sobie przed lustrem lampę na pełny płomień odkręconą.
Zyga rozstał się z brzytwą zaraz po przybyciu do Warszawy; wyhodował
brodę godną popa. Zerknąłem na jego posłanie po drugiej stronie pieca.
W poniedziałki ma wykłady, wstał pewnie o świcie. Na łóżku Zygmunta
leżały czarne szuby czynowników, ich rękawice, laska i szal. Stół
bowiem zastawiony był po brzegi brudnemi naczyniami, flaszkami
(pustemi), książkami, czasopismami, zeszytami, Zyga suszył sobie
skarpety i bieliznę, zwieszając je z krawędzi blatu, przyciśnięte
atlasami anatomji i łacińskiemi dykcjonarzami. A na środku stołu, na
rozczytanym, zatłuszczonym Über die Hypothesen welche der Geometrie zu
Grunde liegen Riemanna i na stercie pożółkłych "Kuryerów Warszawskich",
trzymanych na podpałkę, do klajstrowania szczelin mrozem rozpartych i
odwilgacania butów, a także na obwijkę butersznytów - tam wznosił się
podwójny rząd świec i ogarków, ruiny stearynowego Partenonu. Pod ścianą
naprzeciwko pieca piętrzyły się natomiast równe stosy woluminów w
twardej obwolucie, poukładanych według formatu i grubości, i według
częstości lektury. Wiszący nad nimi na okopconej ścianie ryngraf z
Matką Boską Ostrobramską - jedyna pozostałość po poprzednich
lokatorach, których Biernatowa wyrzuciła na bruk z powodu
"nieprzystojnego prowadzenia" - do reszty sczerniał i teraz wyglądał
raczej jak element średniowiecznej zbroji dla liliputów. Iwan
przypatrywał mu się długo, w natężeniu wielkiem, sztywno usadzon na
stołku, z lewą ręką z papirosem odsuniętą w bok pod kątem czterdziestu
pięciu stopni do ciała, prawą ułożoną na udzie obok melonika, marszcząc
brwi i nos, strosząc wąsa - wtedym zrozumiał, że on jest prawie ślepy,
że to kancelaryjny krótkowidz, na nosie i pod oczodołami miał ślady po
binoklach, bez binokli pozostało mu zdać się na Kiryła. Weszli prosto z
mrozu i Iwan musiał był zdjąć okulary. Mnie samemu czasami łzawią tu
oczy. Powietrze we wnętrzu kamienicy jest gęste, ciężkie, natarte
wszystkiemi woniami ludzkich i zwierzęcych organizmów, okien nie
otwiera nikt, drzwi zaraz się zatrzaskuje i zatyka szmatami szczeliny
nad progami, iżby nie uciekło ciepło z budynku - za opał trzeba przecie
płacić, a kto by miał dosyć pieniędzy na węgiel, w ogóle nie
gnieździłby się w takich ciemnych oficynach, gdzie powietrze jest
gęste, ciężkie, oddychasz nim, jakbyś pił wodę wyplutą przez sąsiada i
psa jego, każdy twój oddech miljon razy wcześniej przeszedł przez
gruźlicze płuca chłopów, Żydów, wozaków, rzeźników i dziwek,
wykrztuszony z czarnych krtani powraca do ciebie znowu i znowu,
przesączony przez ich ślinę i śluz, przepuszczony przez zagrzybione,
zawszone i zaropiałe ciała, oni wykaszleli, wysmarkali, wyrzygali go
tobie prosto w usta, musisz połknąć, musisz oddychać, oddychaj!
- Prze-przepraszam.
Wychodek na końcu korytarza szczęściem nie był akurat zajęty.
Wymiotowałem w dziurę, z której wionęło mi w twarz smrodem lodowatym.
Spod obsranej deski wyłaziły prusaki. Rozgniatałem je kciukiem, gdy
podchodziły mi pod brodę.
Wyszedłszy z powrotem na korytarz, zobaczyłem Kiryła stojącego w progu
pokoju - miał na mnie oko, trzymał straż, czy nie ucieknę im na mróz w
kalesonach i swetrze. Uśmiechnąłem się porozumiewawczo. Podał mi
chusteczkę i wskazał na policzek lewy. Wytarłem. Gdy chciałem mu ją
oddać, odsunął się krok. Uśmiechnąłem się po raz drugi. Mam szerokie
usta, bardzo łatwo się uśmiechają.
Wdziałem jedyny mój strój wyjściowy, czyli czarny garnitur, w którym
zdawałem egzaminy ostatnie; gdyby nie warstwy bielizny pod spodem,
zwisałby teraz na mnie jak na szkielecie. Urzędnicy patrzyli, gdy
sznurowałem buty, gdy zapinałem kamizelkę, gdy walczyłem ze sztywnym
kołnierzykiem celuloidowym do ostatniej bawełnianej koszuli przypiętym.
Zabrałem dokumenta i resztkę gotówki, trzy ruble i czterdzieści dwie
kopiejki - łapówka z tego będzie ledwo symboliczna, ale z pustemi
kieszeniami w urzędzie człowiek czuje się nagim. Na stary kożuch barani
nic natomiast nie mogłem poradzić, łaty, plamy, krzywe szwy, innego nie
miałem. Przyglądali się w milczeniu, jak wciskam ramiona w
niesymetryczne rękawy, lewy dłuższy. Uśmiechnąłem się przepraszająco.
Kirył poślinił ołówek i skrupulatnie zanotował coś na mankiecie.
Wyszliśmy. Biernatowa widać podglądała przez uchylone drzwi -
natychmiast pojawiła się przy czynownikach, zarumieniona i
roztrajkotana, by poprowadzić ich z powrotem schodami z drugiego piętra
i przez oba podwórka-studnie do bramy głównej, gdzie stróż Walenty,
poprawiwszy czapkę z mosiężną blaszką i schowawszy fajkę do kieszeni,
zamiótł pośpiesznie śnieg z chodnika i pomógł czynownikom wsiąść do
sani, ujmując panów pod łokcie, aby nie poślizgnęli się na trotuarze
zalodzonym, Biernatowa zaś już siedzących, gdy obwijali sobie nogi
pledami, zasypała potokami skarg na lokatorów złośliwych, na bandy
powiślańskich złodzieji, co włamują się do domów nawet za dnia, oraz na
mrozy okrutne, przez które okna zwewnątrz nawilgotniałe się paczą, a
rury pękają w ścianach, i żadna hydraulika ni kanalizacja nie
przetrzyma długo w ziemi; na koniec zapewniła gorąco, że dawno
podejrzewała mnie o rozmaite występki i bezeceństwa, i niechybnie
doniosłaby stosownej własti, gdyby nie tysiąc i jeden innych frasunków
na jej głowie spiętrzonych - aż woźnica ze swego kozła za plecami
Kiryła strzelił batem i konie szarpnęły sanie w lewo, zmuszając kobietę
do odstąpienia, i tak ruszyliśmy w drogę do warszawskiej delegatury
Ministerjum Zimy, do dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich, Miodowa 5,
róg Senatorskiej.
Zanim skręciliśmy z Koszykowej na Marszałkowską, zaczął prószyć śnieg;
naciągnąłem szapkę na uszy. Urzędnicy w swych futrach obszernych i
melonikach podobnych łupinom orzecha, usadzeni na niskich ławach sań,
Iwan obok mnie, Kirył tyłem do izwozczika, przypominali żuki, które
widziałem w Zygmuntowym ucziebniku: grube, owalne tułowia, krótkie
łapki, mała głowa, wszystko glanc-czarne, zamknięte w gieometrycznej
symetrji elips i okręgów. Kształt tak bliski ideałowi kuli sam się ze
świata wycina. Patrzyli przed się beznamiętnym wzrokiem, z zaciśniętemi
ustami i podbródkami wysoko podniesionemi przez sztywne kołnierzyki,
bezwładnie poddając się ruchowi sań. Myślałem, że czegoś się od nich
dowiem po drodze. Myślałem, że zaczną się dopominać o datki za
przychylność, za brak pośpiechu i pilności. Milczeli. Zapytam ich -
jak? o co? Udadzą, że nie słyszą. Płatki lepkiego śniegu wirowały
między nami. Schowałem dłonie zimne w rękawach kożucha.
W Cukierni Francuskiej paliły się światła, blask elektryczny bijący
przez wielkie okna dziergał wokół sylwetek przechodniów aureole z
wełny. Letnie słońce powinno było stać jeszcze hen na niebie, ale jak
zwykle nad miastem wisiały ciężkie chmury, zapalono nawet latarnie -
bardzo wysokie, o zawiniętym spiralnie szczycie. Skręciliśmy na północ.
Z cukierni Ostrowskiego, przy skrzyżowaniu z Piękną, wybiegały
dziewczęta w czerwonych płaszczykach i białych pelerynach z kapturkami,
ich śmiech przebił się na moment ponad gwar uliczny. Przypomniał mi się
niedokończony list do panny Julji i jej ostatnie krzyk-pytanie. Obok
Ostrowskiego, u Wedla, umawialiśmy się z Fredkiem i Kiwajsem na
wieczory karciane. Tu zaraz, za kinem "Sokół", u Kalki, Miły Książę
wynajmował pokój na sesje nocne. Gdybym uniósł głowę i spojrzał w lewo,
ponad melonikiem Iwana, dojrzałbym okno na drugim piętrze kamienicy pod
numerem 71, okno, przez które wypadł Fredek.
Przy skrzyżowaniu z Nowogrodzką wisiała przymarznięta do latarni tłusta
krowa, ścięgno ciemnego lodu łączyło ją ze szczytem elewacji
czterokondygnacyjnego budynku. Krowa musiała pochodzić z ostatniego
spędu bydła do rzeźni na Ochocie, zimownicy jeszcze jej nie odrąbali. W
perspektywie ulicy, nad dachem kamienicy "Sfinksa" majaczyło sinoczarne
gniazdo lodu, skrzep wielki twardej jak djament zmarzliny, połączony
siecią lodowych nici, sopli, przęseł i kolumn z kamienicami po obu
stronach Marszałkowskiej i Złotej - z kamienicami, z lampami, kikutami
zamarzniętych drzew, balustradami balkonów, wykuszami, iglicami kopuł i
wieżyczek, attykami i kominami. Kino "Sfinks" pozostawało oczywiście od
dawna nieczynne; na najwyższych piętrach nie paliły się światła.
Sanie zwolniły, gdy minęliśmy Nowogrodzką. Woźnica wskazał coś batem.
Wóz przed nami zjeżdżał na trotuar. Kirył obejrzał się za siebie.
Wychyliłem się w prawo. Na skrzyżowaniu z Alejami Jerozolimskimi stali
dwaj policjanci, za pomocą gwizdków i krzyku spędzając ruch ze środka
jezdni - nad jezdnią przemarzał właśnie luty.
Na kilka minut utknęliśmy w spowodowanym przezeń zatorze. Zazwyczaj
lute przemieszczają się ponad dachami, w miastach rzadziej do ziemi
schodząc. Nawet z takiej odległości zdawało mi się, że czuję płynące od
niego fale zimna. Zadrżałem i odruchowo wcisnąłem brodę w kołnierz
kożucha. Czynownicy Ministerjum Zimy wymienili spojrzenia. Iwan zerknął
na zegarek. Po drugiej stronie ulicy, za słupem ogłoszeniowym
oblepionym plakatami reklamującemi walkę zapaśniczą w cyrku na
Okólniku, po angielsku ubrany mężczyzna rozstawiał archaiczny aparat
fotograficzny, by zrobić zdjęcie lutego; zdjęcie najpewniej i tak nie
ukaże się w gazecie, skonfiskowane przez ludzi z Miodowej. Iwan i Kirył
nawet nie zwrócili na niego uwagi.
Luty był wyjątkowo żwawy, przed zmrokiem powinien zdążyć przejść na
drugą stronę Marszałkowskiej, przez noc wespnie się nad dachy, do
piątku zdoła dotrzeć do gniazda nad kinoteatrem. Kiedy w zeszłym roku
mroźnik przechodził z Pragi do Zamku Mostem Aleksandryjskim, Most
zamknięto na blisko dwa miesiące. Tymczasem ten tutaj glacjusz -
poczekać kwadransik i pewnie mógłbym dostrzec jego ruch, jak przemarza
z miejsca na miejsce, przesuwa się w lodzie, lodem, od lodu do lodu,
jak pęka za nim jedna, potem druga nić krystaliczna i osypuje się
powoli sinobiały rozkrusz, minuta, ksztr, dwie minuty, ksztr, wiatr
porywał wraz ze śniegiem co lżejsze drobiny, lecz większość wmarzała w
czarną taflę ścinającą za lutym uliczne błoto, lód lodu; i ta ścieżka
chropowatej zmarzliny jak ślad ślimaczego śluzu, ciągnęła się
kilkadziesiąt metrów na wschód Jerozolimskich, i po trotuarze, i po
elewacji hotelu. Resztę skuli już zimownicy lub sama odmarzła; wczoraj
po południu termometr u Szniccera pokazywał pięć stopni wyżej zera.
Luty nie poruszał się po linji prostej ani też nie utrzymywał się na
stałej wysokości nad brukiem (wmarzają także pod powierzchnię ziemi).
Trzy-cztery godziny temu, szacując podług skruszonej architektury lodu,
luty jął zmieniać trajektorję: dotąd przemieszczał się ledwie metr nad
środkiem ulicy, lecz wtedy, przed trzema godzinami, ruszył po ostrej
paraboli wzwyż, ponad szczyty lamp i wierzchołki drzew zamrożonych.
Widziałem pozostawiony przez niego szereg smukłych stalagmitów, lśniły
odbijanym blaskiem latarni, refleksami neonów kolorowych, świateł
bijących przez okna i wystawy. Szereg urywał się nad szynami
tramwajowemi - luty zawisł całym ciężarem na gwiaździstej sieci
mrozostrun, rozpiętych w poziomie oraz sięgających wzwyż, ku fasadom
narożnych budynków. Można było pod niego wejść, gdyby znalazł się ktoś
na tyle szalony.
Iwan skinął na Kiryła i ten wygramolił się z sań z niechętnym grymasem
na twarzy od szczypiącego mrozu obrumienionej. Może mi się poszczęści,
pomyślałem, może się spóźnimy, komisarz Preiss wyjdzie już na kolację z
gienerałem-majorem umówioną, odprawią mnie z Miodowej z kwitkiem.
Dzięki Ci, Boże, za tę sopel-pokrakę. Przesunąłem się na ławie,
opierając bark o bok sań. Podbiegł gazeciarz - "Hirohito pobito!",
"Express specyjalny, Mierzow tryjumfalny!" - pokręciłem głową. Przy
zatorach w centrum zaraz tworzą się zbiegowiska, pojawiają się
handlarze uliczni, sprzedawcy papierosów i wody święconej, święconego
ognia. Policjanci przeganiali przechodniów od lutego, przecież nie są w
stanie upilnować wszystkich. Banda urwisów podkradła się od strony
restauracji Briesemeistra. Najodważniejszy, z twarzą szalikiem
przewiązaną i w grubych, nieforemnych rękawicach, podbiegł na
kilkanaście kroków do lutego i rzucił w niego kotem. Kocisko leciało
wysokim łukiem, rozłożywszy łapy, drąc się wniebogłosy... zaraz urwał
się wrzask przeraźliwy. Spadło na lutego już chyba martwe, by powoli
stoczyć się zeń w śnieg, zamarznięte na kość: lodowa rzeźba kota o
kończynach rozcapierzonych i ogonie w drut wyprostowanym. Chłopcy
odbiegli, z uciechy aż wyjąc. Pejsaty Żyd wygrażał za nimi z progu
sklepu jubilerskiego Epsteina, klnąc siarczyście w jidysz.
Kirył tymczasem dopadł starszego policjanta i, chwyciwszy go pod
łokieć, by nie oddalił się w pościgu za ulicznikami, jął mu coś
perswadować głosem przyciszonym, lecz z wydatną pomocą zamaszystych
gestów drugiej ręki. Stójkowy odwracał głowę, wzruszał ramionami, w
ciemię się drapał. Młodszy z policyjnej pary pokrzykiwał na towarzysza,
rusz się, pomóż! Na Alejach sczepiło się płozami dwoje sań, jeszcze
większy harmider powodując, wozy wjeżdżały na chodniki, piesi, klnąc po
polsku, rosyjsku, niemiecku i żydowsku, uciekali spod kół i kopyt,
przed składem win przewróciła się na zmarzniętem błocie matrona o
gabarytach szafy gdańskiej, trzech gentlemanów podnieść ją usiłowało,
pośpieszył z pomocą oficjer brzuchaty, i tak dźwigali ją wczwórsił, na
raz - upadła - na dwa - upadła - na trzy - już pół ulicy pękało ze
śmiechu, a kobiecina, na wiśnię skraśniała, piszczała przeraźliwie,
majtając grubemi nóżkami w trzewikach drobnych... Nic dziwnego, że
dopiero na dźwięk dartej blachy i trzask pękającego drewna spojrzeliśmy
nazad ku skrzyżowaniu. Automobil zderzył się z wozem węglarza; jeden
koń się przewrócił, jedno koło odpadło. Policjant odepchnął Kiryła,
rzucił się biegiem ku kraksie. Uwięziony we wnętrzu krytej maszyny
automobilista począł cisnąć trąbkę alarmową; na dodatek coś strzeliło
pod maską bolidu, jakby z dubeltówy palnął. Tego było już za wiele dla
siwka zaprzęgnionego do sani obok. Spłoszony, szarpnął w przód, wprost
ku lutemu. Woźnica złapał za lejce, ale sam koń też musiał poczuć, w
jaką ścianę mrozu wpadł - jeszcze energiczniej wierzgnął w bok,
zakręcając saniami w miejscu. Czy płoza o krawężnik zahaczyła? Czy
siwek poślizgnął się na czarnej tafli lodu? Już stałem w saniach
ministerjalnych, razem z Iwanem przyglądając się wypadkowi ponad
szeregiem pojazdów przed nami, ale to wszystko szło za szybko, zbyt
niespodziewanie, zbyt wiele ruchu, krzyku, świateł i cieni. Przewrócił
się siwek, przewróciły się ciągnione przezeń sanie, spadł z nich
ładunek, kilkanaście pękatych butli w koszach z trocinami, kosze i
butle potoczyły się na środek skrzyżowania, część z nich musiała się
rozbić, po lodzie rozlała się bowiem lśniąca seledynowo ciecz - nafta,
pomyślałem - i już buchnął ogień, od czego, od iskry elektrycznej z
automobilu, upuszczonego papierosa, uderzenia kopyta podkutego o bruk,
nie wiem. Błękitny płomień skakał po całej szerokości kałuży, wysoko,
coraz wyżej, na metr, półtora wzwyż - prawie sięgając wmrożonego w
napowietrzną sieć lutego.
Fotograf, zgarbiony nad aparatem, powoli, metodycznie wypalał zdjęcie
za zdjęciem. I co na nich potem ujrzy, co się zachowa na szkle i odbije
na papierze: śnieg - śnieg - blade aureole latarni - ciemne błoto,
ciemny bruk, niebo ciemne - szare elewacje kamienic w perspektywie
szerokiego wąwozu miasta - na pierwszym planie chaos kanciastych
kształtów pojazdów zablokowanych w zatorze - spomiędzy nich i spomiędzy
sylwetek ludzkich bucha blask ognia czystego, tak jasny, że karta
wydaje się w tym miejscu zupełnie nienaświetlona - a nad nim, nad
płomieniem bieli bielszej od bieli, w sercu wiszącej arabeski lodu
rozpościera się luty, luty, masywny piorun mrozu, rozgwiazda szronu,
żywe ognisko chłodu, luty, luty, luty nad futrzanemi toczkami niewiast,
luty nad czapami i melonikami mężczyzn, luty nad łbami końskiemi i
budami powozów, luty nad neonami kawiarń i salonów, sklepów i hoteli,
cukierni i owocarni, luty nad Marszałkowską i Alejami Jerozolimskimi,
luty nad Warszawą, luty nad Cesarstwem Rosyjskim.
Gdyśmy potem jechali do Saskiego, i Królewską, obok Ogrodu martwego pod
wieloletnią zmarzliną i kolumnady soplami obwieszonej, obok przykrytych
nawisami śnieżnemi wieży i soboru na Placu Saskim, ku Krakowskiemu
Przedmieściu, tamten obraz - powidok obrazu i wyobrażenia - nawiedzał
mnie raz za razem, natrętne wspomnienie o niejasnem znaczeniu, widok
ujrzany a niezrozumiany.
Urzędnicy wymieniali półgłosem uwagi burkliwe, woźnica krzyczał na
nieuważnych przechodniów; śnieżyca zelżała, lecz robiło się coraz
zimniej, oddech na wargach mi zamarzał, białym obłokiem przed twarzą
zawisając, spocone konie poruszały się w chmurach lepkiej wilgoci -
Zamek Królewski był coraz bliżej. Przed skrętem w Miodową zobaczyłem go
ponad kolumną Zygmunta: zamknięty w bryle cienistego lodu Zamek - i
wielkie gniazdo lutych nad nim. Fioletowo-czarna skrzeplica sięgała
połowy dachów Starego Miasta. W pogodne dni można zobaczyć dookoła
Wielkiej Wieży stojące w powietrzu fale mrozu. Brak skali na
termometrach dla pomierzenia tego zimna. Przy ogniskach na granicy
Placu Zamkowego trzymają straż żandarmi. Kiedy z gniazda wymraża się
luty, zamykają ulice. Gienerał-gubernator ustanowił był tu kordon z
dragonów z Czternastego Pułku Małorosyjskiego, ale pułk wyekspedjowano
tymczasem na front japoński.
Dach Pałacu Biskupów Krakowskich pozostawał wszakże wolny od lodowego
narostu. W oficynie od strony ulicy Senatorskiej nadal mieściły się
wytworne sklepy - elektryczne reflektory oświetlały reklamy
Ekskluzywnych Delikatesów Mikołaja Szelechowa i herbat Moskiewskiego
Domu Handlowego Siergieja Bazylowicza Perłowa - lecz główne skrzydło od
Miodowej, pod rokokowem zwieńczeniem i w pilastrach z korynckiemi
głowicami, należało do Ministerjum Zimy. Nad oboma przejazdami bramnemi
wisiały czarne, dwugłowe orły pod koronami Romanowów, inkrustowane
onyksowym tungetytem.
Wjechaliśmy na wewnętrzny dziedziniec, płozy sań zazgrzytały na bruku.
Urzędnicy wysiedli pierwsi, Iwan od razu zniknął w drzwiach, nasadzając
na nos cwikier; Kirył stanął na schodach, przed progiem, i obejrzał się
na mnie. Otworzyłem usta. Uniósł brew. Opuściłem wzrok. Weszliśmy.
Woźny zabrał mi kożuch i szapkę, a odźwierny podsunął księgę wielką, do
której musiałem się wpisać w dwóch miejscach, pióro wypadało ze
zgrabiałych palców, może wpisać za wielmożnego pana, nie, ja, ja sam.
Niepiśmienne pospólstwo też odwiedza korytarze naczalstwa Zimy.
Wszystko lśniło tu czystością: marmur, parkiety, szkła i kryształy i
tęczowe zimnazo. Kirył poprowadził mnie główną klatką schodową, przez
dwa sekretarjaty. Na ścianach, pod portretami Mikołaja II
Aleksandrowicza i Piotra Rappackiego, wisiały słoneczne pejzaże stepu i
lasu, wiosennego Sankt Peterburga i letniej Moskwy, z czasów, gdy
wiosna i lato miały jeszcze do nich wstęp. Personel nie unosił głów
znad biurek, ale widziałem, jak radcy, referenci, biuraliści i pisarze
ukradkiem odprowadzają mnie wzrokiem, a potem wymieniają między sobą
spojrzenia krzywe. Kiedy kończy się czas urzędowania? Ministerjum Zimy
nigdy nie zasypia.
Komisarz nadzwyczajny Preiss W. W. zajmował obszerny gabinet z
zabytkowym piecem i nieczynnym kominkiem, wysokie okna wychodziły na
Miodową i Plac Zamkowy. Gdy wszedłem, mijając się w progu z Iwanem,
który najwyraźniej już mnie zapowiedział, pan komisarz krzątał się przy
samowarze, odwrócony plecami. Sam miał figurę samowara, korpus pękaty,
gruszkowaty, i małą, łysą głowę. Poruszał się z frenetyczną energją,
dłonie trzepotały nad stołem, stopy nie ustawały w tańcu, kroczek w
lewo, kroczek w prawo - byłem pewien, że nuci sobie pod nosem, że pod
nosem się uśmiecha, z rumianej twarzy spoglądają na świat oczka wesołe,
nie marszczy się gładkie czoło komisarza Zimy. Tymczasem, ponieważ się
nie odwracał, stałem przy drzwiach z rękoma za plecami założonemi, i
pozwalałem ciepłemu powietrzu wypełniać płuca, obmywać skórę, roztapiać
krew w żyłach stężałą. W gabinecie było niemal gorąco, wielki, kolorowo
malowany piec majolikowy nie stygł ani na moment, szyby w końcu tak
zaparowały, że widziałem przez nie głównie rozmyte tęcze świateł
ulicznych, dziwnie rozlewających się i zlewających na szkle. Jest
kwestją wielkiej politycznej wagi, by w Ministerjum Zimy nigdy nie
panowało zimno.
- No i czemuż nie siadacie, Wieniedikt Filipowicz? Usiądźcie, usiądźcie.
Rumiana twarz, wesołe oczka.
Usiadłem.
Westchnąwszy donośnie, opadł po swojej stronie biurka, tuląc w dłoniach
filiżankę z czajem parującym. (Mnie nie poczęstował). Niezbyt długo tu
urzędował, biurko nie było jego, wyglądał za nim jak dziecko w ministry
się bawiące, na pewno by mebel wymienił. Musieli go dopiero co
przysłać, przysłali go, carskiego komisarza nadzwyczajnego - skąd? z
Peterburga, z Moskwy, z Jekaterynburga, z Syberji?
Wziąłem głębszy oddech.
- Wasze Błagarodje pozwoli... Czy jestem aresztowany?
- Aresztowany? Aresztowany? Jakżesz myśl taka mogła postać w waszej głowie?
- Wasi urzędnicy -
- Moi urzędnicy!
- Gdybym otrzymał wezwanie, na pewno bym sam -
- Czy nie zaprosili pana uprzejmie, panie Gierosławski? - On wreszcie wymówił nazwisko poprawnie.
- Sądziłem -
- Boże mój! Aresztowany!
Zasapał się.
Odsłon: 622
Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 Polska adaptacja JoomlaPL.com Team AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |